Niebezpieczeństwo było niewyobrażalne – chmura śmiercionośnego chloru mogła zagrozić całemu miastu i zabić tysiące osób. "Apokalipsy nie było" - napisał wówczas "Kurier Podlaski".

Zdjęcie

Jedna z cystern z ciekłym chlorem fot. KW PSP w Białymstoku /INTERIA.PL
Jedna z cystern z ciekłym chlorem fot. KW PSP w Białymstoku
/INTERIA.PL

Wczesnym rankiem 9 marca 1989 roku do Białegostoku dotarł kierujący się do Niemieckiej Republiki Demokratycznej pociąg ze Związku Radzieckiego. W składzie 32 wagonów lokomotywa ciągnęła także 15 50-tonowych cystern z ciekłym chlorem, który jest silnie trującym związkiem chemicznym. Po minięciu stacji Dworzec Fabryczny, pociąg zmierzał w stronę stacji Białystok Główny. Nie dotarł tam.

5 minut po godzinie 3. nad ranem na torze kolejowym graniczącym z osiedlem Sienkiewicza w centrum Białegostoku wykoleiły się 4 cysterny z ciekłym chlorem. Hałas był tak ogromy, że obudził mieszkańców ulicy Poleskiej.

Reklama

Przybyłe na miejsce dwie jednostki straży pożarnej nie były w stanie poradzić sobie z katastrofą - nie dysponowały bowiem odpowiednim sprzętem specjalistycznym. Kwadrans przed 4. poproszono o pomoc wykwalifikowaną jednostkę Centralnej Stacji Ratownictwa Chemicznego przy rafinerii w Płocku. By wiadomość o katastrofie nie rozprzestrzeniła się wśród mieszkańców, miejsce zdarzenia otoczono kordonem.

14 marca 1980 r. Katastrofa samolotu „Kopernik”, który leciał z Nowego Jorku do Warszawy

Z Nowego Jorku IŁ-62 „Kopernik” wyleciał 13 marca z dużym opóźnieniem spowodowanym śnieżycą. Około godziny 11.12 następnego dnia, samolot zbliżał się już do lotniska Okęcie. czytaj więcej

Sytuacja stawała się dramatyczna zwłaszcza, że dowodzony przez ppłk poż. Krzysztofa Wojteckiego sztab kierujący akcją otrzymał doniesienie o wycieku chloru z jednej z cystern. Na szczęście nie była to prawda.

Około 5. rano prezydent Białegostoku wraz ze służbami ratunkowymi rozpoczęli obrady specjalnego sztabu kryzysowego. Obawiano się najgorszego.

Gdy na miejsce katastrofy przybyli specjaliści z Płocka, uśmiechnęli się na widok strażaków w maskach gazowych. Jak wyjaśnili uczestnikom akcji, gdyby doszło do wycieku ciekłego chloru, maski gazowe byłyby i tak bezużyteczne - trucizna zabiłaby strażaków.

Informacji o wypadku w centrum miasta nie dało się utrzymać w tajemnicy. Białostoczanie wpadli w panikę. Na rogatkach miasta tworzyły się korki, bo część osób postanowiła uciec z miasta. Mieszkańcy bloków zaczęli się gromadzić na wyższych piętrach budynków, bo uważano, że ciekły chlor zabija unosząc się od gruntu w górę.

Wreszcie, około godziny 11. władze - po 9 godzinach od zdarzenia! - podały oficjalne komunikat w sprawie wypadku. Trzy godziny później podniesiono jedną z cystern, używając do tego specjalnego dźwigu. To był moment największego ryzyka - obawiano się rozszczelnienia wagonu i wycieku chloru.

Z drugą cysterną poszło o wiele trudniej, bo udało się ją podnieść dopiero za czwartym razem (około godziny 21.). Kolejne dwie nie sprawiały ratownikom już takich kłopotów.

Po akcji ratowniczej 4 zbiorniki z chlorem i jeden wagon kryty odholowano na Dworzec Fabryczny. Dzień później wysłano je do oddalonej o 20 km od Białegostoku Żedni.

Wyciek chloru mógł mieć katastrofalne konsekwencje. Pas trujących oparów mógł mieć nawet 50 km długości na 3 km szerokości - to było śmiertelne zagrożenie nie tylko dla Białegostoku.

Prokuratura, po trwającym dwa tygodnie śledztwie, ustaliła przyczynę katastrofy. Było nią pęknięcie torów, spowodowane nieprawidłową konserwacją. Oskarżono również pracowników PKP o niedopełnienie obowiązków i narażenie mieszkańców Białegostoku na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Tamto wydarzenie upamiętnia postawiony przy ulicy Poleskiej marmurowy krzyż, przy którym corocznie odbywają się uroczystości z udziałem władz Białegostoku.

AW

Artykuł pochodzi z kategorii: Kartka z kalendarza

Więcej na temat:katastrofa pociągu | Białystok