10 stycznia 1964 roku w kościele podczas odprawiania mszy św. został zamordowany ks. Józef Górszczyk z zakonu pijarów. Historięmorderstwa, dokonanego pod Jelenią Górą, opisywaliśmy rok temu. W ciągu minionych dwunastu miesięcy zdarzyło się wiele. Przez cały rok trwało także śledztwo "Odkrywcy", poparte kwerendą archiwalną w IPN i dotarciem do kolejnych, nieznanych świadków. Czy to przybliża nas do ustalenia prawdy i odpowiedzi na pytanie: dlaczego zamordowano księdza?

Zdjęcie

Stanisław Bryndza (z lewej) pokazuje proboszczowi ks. Grzegorzowi Krzystkowi miejsce za ołtarzem, gdzie zobaczył konającego ks. Józefa Górszczyka. /Janusz Skowroński /Odkrywca
Stanisław Bryndza (z lewej) pokazuje proboszczowi ks. Grzegorzowi Krzystkowi miejsce za ołtarzem, gdzie zobaczył konającego ks. Józefa Górszczyka.
/Janusz Skowroński /Odkrywca

Przypomnijmy pokrótce. Ksiądz Józef Górszczyk (rocznik 1931) został w 1962 roku przeniesiony do klasztoru pijarów i połączonego z nim kościoła św. Jana Chrzciciela w Cieplicach Śląskich-Zdroju, wówczas samodzielnego, uzdrowiskowego miasta, dziś części Jeleniej Góry. Z drugiej strony leży Maciejowa, wtedy samodzielna wieś, dziś także dzielnica Jeleniej Góry. To tam, we wrześniu 1963 roku, przełożeni skierowali młodego księdza do pracy. Była godzina siódma rano 10 stycznia 1964 roku. Do mszy wyszedł ks. Józef Górszczyk wraz z ministrantami, uczniami pobliskiej szkoły. W trakcie przygotowania darów ofiarnych do księdza podszedł jeden z wiernych. Wcześniej wszedł on do kościoła w nakryciu głowy, z jedną lub dwiema teczkami (tu relacje są rozbieżne) i laską w ręce. Był to 55-letni Piotr Soroka, miejscowy. Ksiądz go nie widział, bo wówczas mszę odprawiano jeszcze tyłem do wiernych. Z jednej z teczek Soroka wyjął... siekierę i ruszył w kierunku głównego ołtarza.

Dotychczas piszący autorzy, próbowali uporządkować ów drastyczny opis śmierci ks. Górszczyka. Służyły temu relacje kilku świadków i zgromadzone dokumenty. Jednym z pierwszych był ks. Andrzej Orczykowski, pisząc m.in.: "Ministrant w ostatniej chwili ostrzegał kapłana, wołając: »Niech Ksiądz ucieka, bo bandyta idzie z siekierą (...)«, ale ks. Józef w dalszym ciągu nalewał wino do kielicha i w ogóle nie zwracał uwagi na krzyki i nie odwracał się; jakby nie zważał na to, co działo się wokół niego. Kiedy ks. Józef dokończył ofiarowania wina, odstawił kielich, odwrócił się i ujrzał mężczyznę atakującego go siekierą, oparł się o mensę ołtarza, otwarcie, śmiało spojrzał na zabójcę i (...) rozłożył przed nim ręce jakby na »Dominus vobiscum«.

Nie usiłował się bronić i nawet nie krzyknął. Pomimo, iż (...) mógł uciec przez kościół na pole i na pobliską szosę. (...) Stał tak majestatycznie i wyglądał imponująco... jak niezłomny święty. Zabójca (...) złapał siekierę w obie ręce i z rozmachem uderzył Księdza w czoło, (...) po twarzy Księdza spłynęła krew. Po tym ciosie kapłan opuścił głowę i osuwając się na nogach, otrzymał kolejne ciosy siekierą. Kiedy ks. Józef odwrócił się, napastnik z zamachem zadał ostrą siekierą następny cios w plecy, chwycił go za włosy i zaczął ciągnąć. Rzucił kapłana twarzą na posadzkę i siekierą (...) walił bez miłosierdzia w Księdza jak w kłodę drzewa. By nie było wątpliwości, co do zamierzonego skutku, wbił siekierę w głowę konającego i ze słowami przekleństw wyszedł z kościoła".

Reklama

Opis ten jest kompilacją zeznań świadków, uczestników tamtej tragicznej mszy - ministrantów Józefa Baranowicza i Andrzeja Kozłowskiego, zakonnika-zakrystianina Józefa Drażila oraz dwóch z przybyłych na mszę kobiet - Cezarii Ziemlanowskiej i Rozalii Wac.

W najnowszej publikacji o ks. Górszczyku autor - z pewną niekonsekwencją - podaje, że księdzu asystowało do mszy czterech 12-letnich ministrantów (Józef Baranowicz, Aleksander Kostrzewski, Wiesław i Jan Kasperczykowie). Już rok temu powołując się na rozmowę z jednym z nich, pisałem:

"Po latach pan Józef [Baranowicz] mówi, że nie wszystko, co czytał później o śmierci księdza Górszczyka odpowiada prawdzie. Przede wszystkim morderca nie ciągnął księdza za włosy, wlokąc za ołtarz. Ksiądz Górszczyk po pierwszym uderzeniu schronił się za ołtarzem, uciekając prawym wyjściem. Lewe było zastawione szopką bożonarodzeniową. Ministranci wybiegli zaalarmować kogokolwiek o zdarzeniu. Któryś z ministrantów, kolegów Józka, chwycił w sieni przy wejściu za sznur i zaczął przeraźliwie bić w dzwony. Inny świadek, zakonnik, zamknął się na klucz w zakrystii, ratując w ten sposób własne życie. Otworzył je dopiero wówczas, gdy mordercy już nie było. Z zakrystii jedyne wyjście prowadziło bowiem przez kościół".

Było także drugie wyjście, niestety nieczynne. Dziś okazuje się, że ministrantów służących 51 lat temu do mszy było nie czterech, a pięciu. Wiesław Ziemlanowski, który w tych latach także był ministrantem, wyjaśnia, że on sam tego dnia miał wolne, a do mszy służył jeszcze inny kolega - Andrzej Kozłowski. Zastanawiać musi, dlaczego w aktach sprawy, zgromadzonych w IPN, zachowały się zeznania zaledwie dwóch z nich (Józefa Baranowicza i Andrzeja Kozłowskiego). Inny z ministrantów - Aleksander Leszek Kostrzewski stał wraz z Józefem Baranowiczem przed ołtarzem.

"Miałem zwyczaj odwracania głowy zawsze, gdy służąc do mszy, słyszałem »ruch« w kościele, otwieranie drzwi. Tak było i tym razem. Kiedy odwróciłem głowę, ujrzałem zbliżającego się Piotra Sorokę, wyciągającego jakiś przedmiot z torby i jego głos »oj, zakonniki, ja wam pokażę!«. Ksiądz go nie widział, stał tyłem. Mszę odprawiano wówczas twarzą do ołtarza i tyłem do wiernych. Ksiądz Górszczyk odwrócił się i zdążył odłożyć trzymaną w dłoniach hostię. Pierwsze uderzenie siekierą poszło na głowę i przeszło po ręce księdza. Odszedł on od ołtarza w kierunku prawego wyjścia za ołtarz. Ja wówczas przeskoczyłem przez balaski i wybiegłem z kościoła. Podobnie zrobił Józek Baranowicz. Soroka poszedł za księdzem za ołtarz".

Zdjęcie

Kościół św. Piotra i Pawła w Jeleniej Górze-Maciejowej. Tu pięćdziesiąt lat temu został zamordowany ks. Józef Górszczyk /Odkrywca
Kościół św. Piotra i Pawła w Jeleniej Górze-Maciejowej. Tu pięćdziesiąt lat temu został zamordowany ks. Józef Górszczyk
/Odkrywca

Leszek Kostrzewski wybiegł z kościoła, był w szoku. Biegł przez wieś do domu i krzyczał bez przerwy: "zabili księdza!, zabili księdza!". Z oddali widział podążającego do kościoła księdza proboszcza Stanisława Marcelego Góralczyka, jednak nie poczekał na niego. Pobiegł dalej, byle jak najprędzej do domu. Kostrzewski podejrzewa, że zdążający do kościoła drugi ksiądz mógł jeszcze nie wiedzieć, co przed chwilą w nim zaszło. Choć w milicyjnych dokumentach można znaleźć zapis meldunku, że to "ksiądz [Góralczyk] wezwał telefonicznie milicję i pogotowie ratunkowe", jest to informacja nieścisła. Milicję zawiadomiła wybiegająca z kościoła parafianka, Ludwika Manacka. Naprzeciw znajdowała się szkoła a w niej najbliższy telefon.

Prawdopodobnym jest, że podążającego do kościoła proboszcza Góralczyka zaniepokoiło co innego - dźwięk bijących kościelnych dzwonów o nietypowej porze. Jak zeznawał nieżyjący już ministrant Andrzej Kozłowski: "kobiety, które uciekły z kościoła po pierwszym ciosie, przed kościołem poleciły mi, abym dzwonił w dzwon na alarm. Dzwonić kazała mi Wacowa i Lenartowicz. Wbiegłem z powrotem do przedsionka i zacząłem dzwonić w dzwon. Gdy dzwoniłem, patrzyłem przez wpółotwarte drzwi. Ksiądz stał po stronie lekcji, oparty tyłem o ołtarz. Soroka stał naprzeciw księdza na pierwszym stopniu ołtarza (stopni ołtarza jest dwa). Rąk księdza ani rąk Soroki, ani siekiery, w tym momencie nie widziałem, bo zasłaniał mi widok Soroki. Ja(k) widziałem, ksiądz zaraz odwrócił się w lewą stronę i zaczął uciekać za ołtarz. Gdy ksiądz odwrócił się tylko, Soroka z zamachem zadał ostrą siekierą drugi cios w plecy. Ja w tym czasie uciekłem. Wybiegłem z przedsionka kościoła i w bramie na cmentarz kościelny spotkałem księdza proboszcza; powiedziałem mu, że Soroka bije księdza siekierą. Przed kościołem nie widziałem już nikogo. Ksiądz proboszcz zaraz zawrócił w kierunku plebanii".

Artykuł pochodzi z kategorii: PRL