Kiedy mowa jest o strajkach w sierpniu 1980 roku, niemal każdy ma skojarzenie z wydarzeniami w Stoczni im. Lenina w Gdańsku. To tam odbywały się negocjacje między członkami Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego a delegacjami rządowymi, tam zjeżdżali eksperci z całego kraju i tam wreszcie przybywali przedstawiciele mediów z kraju i zagranicy. Do rangi symbolu urosły ujęcia ze słynnej bramy numer 2, udekorowanej kwiatami i portretem Jana Pawła II. Znacznie mniej znany, choć nie mniej ciekawy i ważny był strajk, który równolegle miał miejsce w Stoczni Gdyńskiej.

Jednym z najważniejszych bohaterów strajków sierpniowych na Wybrzeżu w 1980 r. był Andrzej Kołodziej. Nie pochodził z Wybrzeża, urodził się i wychował w podbieszczadzkim Zagórzu w 1959 r. W wieku 18 lat wyjechał na Wybrzeże i szybko związał się z tamtejszą opozycją. Od 1978 r. był działaczem Wolnych Związków Zawodowych (WZZ), sygnatariuszem karty praw robotniczych, drukarzem "Robotnika Wybrzeża" i kolporterem. W styczniu 1980 r. z powodu swojej działalności został zwolniony z pracy w Stoczni im. Lenina w Gdańsku. 15 sierpnia 1980 r. miał rozpocząć pracę w drugiej wielkiej stoczni Trójmiasta - Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni. Gdy 14 sierpnia w Stoczni w Gdańsku rozpoczął się strajk, Kołodziej znalazł się tam ponownie. Na miejscu byli już pozostali działacze WZZ. Odbyła się długotrwała dyskusja, w trakcie której próbowano odpowiedzieć na pytanie: "Co z jutrzejszym dniem? Co robić?". Po północy ustalono, że strajk trzeba przenieść do kolejnych zakładów pracy.

Tak to zapamiętał Kołodziej:   "Myśleliśmy o pięciu, sześciu zakładach. Nieśmiało pojawił się postulat utworzenia Wolnych Związków Zawodowych, ale naprawdę nikt nie traktował tego poważnie. Taki cel był dla nas w tamtej chwili nierealny. Bogdan [Borusewicz] zaproponował, aby zakłady, które podejmą strajk, przysłały swoje delegacje do stoczni. Miało to być zalążkiem Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego."

Reklama

Pod koniec tej dyskusji Kołodziej odszedł na bok razem z Bogdanem Borusewiczem. Po latach tak wspominał tamtą rozmowę:

"[Borusewicz:] - Musisz zatrzymać Gdynię.

[Kołodziej:] - Dobrze. Tylko jak to zrobić? Przecież nie znam tam nikogo.

[Borusewicz] Nie słuchał, tłumaczył mi, jak formułować postulaty, jak organizować komitet strajkowy, jak ustrzec się prowokatorów."

Już świtało, kiedy Kołodziej pojechał do Gdyni taksówką, zaopatrzony w plik strajkowych komunikatów. W hotelu robotniczym, gdzie mieszkał, zdążył wypić kawę i wyruszył do stoczni, w której miał przecież pracować dopiero pierwszy dzień. Po drodze słyszał, jak jadący do pracy stoczniowcy rozmawiali o strajku, jaki poprzedniego dnia rozpoczął się w Gdańsku. Początek tamtego dnia tak opisał:

"Dotarłem do stoczni i w szatni gdzie się przebierałem, zacząłem rozmowę ze starszym robotnikiem. Powiedziałem o strajku w Stoczni Gdańskiej, dodając, że u nas też trzeba coś zrobić. Z takim zapałem to mówiłem, że uśmiechnął się i powiedział, że widzi moją stanowczość, ale tu pracuje wielu chłopo-robotników, którzy mają jakieś inne zabezpieczenie, mogą żyć również z roli i na strajk trudno będzie ich namówić. A poza tym ludzi tutaj przytłacza masakra gdyńska z 1970 roku i zrobić cokolwiek będzie bardzo trudno. - Ale jak chcesz zrobić cokolwiek to idź na K-1. Pracuje tam dużo młodych ludzi podobnych do ciebie. Może ich namówisz. A jak wam się uda to pójdziemy za wami. Ale wcześniej ludzie, którzy pamiętają Grudzień 70 nie będą się wychylać."

W całej stoczni panował nastrój wyczekiwania. Po placu przechadzało się wielu pracowników, a kierownicy i partyjni sekretarze próbowali zagonić ich do pracy. W pewnym momencie uformowała się większa grupa robotników. Po chwili liczyła już około tysiąc osób. Tłum ruszył w kierunku budynku dyrekcji. Ktoś zaproponował, by zgromadzić się na terenie stołówki. Wtedy Kołodziej wybiegł przed maszerujących i zaczął wykrzykiwać: "Nie słuchajcie ich, nie jesteśmy przygotowani do rozmów z nimi. Jeśli damy się zamknąć w ciasnym pomieszczeniu, na pewno nie wygramy. Musimy wezwać wszystkich do strajku i przygotować się do rozmów. Byłem dziś w nocy w Stoczni Gdańskiej i mogę wam przekazać, jak tam strajkują. Mam na swoim wydziale ulotki drukowane dzisiaj w nocy. Musicie pójść ze mną, to je wam dam. Jak pójdę sam, mogę nie wrócić."

Tłum poszedł za nim. Po kilku minutach Kołodziej rozrzucił ulotki, a następnie nakłonił tych, którzy zgromadzili się wokół niego, by przejść przez teren stoczni i wezwać pozostałych pracowników do strajku. Po drodze tłum narastał i na placu było już około dwóch - trzech tysięcy osób. Na wydziałach produkcyjnych stoczniowcy wyłączyli gazy techniczne i prąd. Oznaczało to początek strajku. Trybuną, z której na placu przemawiał Kołodziej stał się wózek akumulatorowy. Jeden ze strajkujących, Józef Sędziak wspominał: "Cały dzień, bez przerwy nawet na posiłek, stał ten Andrzej na wózku i tłumaczył w spokoju, że strajk wygramy, że nie jesteśmy sami, że strajkują inne zakłady w Trójmieście. Wzywał również dyrekcję, aby zajęła swoje stanowisko wobec strajkującej załogi. Tak przestaliśmy do wieczora i przyznam, że miałem cichą nadzieję, że wieczorem pójdziemy do domu, ale tak nie było, bo Andrzej powiedział o zmierzchu, że nie będziemy się rozchodzić..."

W międzyczasie tłum wokół Kołodzieja urósł do kilku tysięcy i słyszalność była coraz mniejsza. Ktoś wspomniał o radiowęźle. Kołodziej wraz z grupą strajkujących udali się do dyrektora z żądaniem udostępnienia radiowęzła, ale ten odmówił. Kołodziej publicznie postawił mu ultimatum:

"Nie zareagował. Wybraliśmy grupę młodych odważnych i po piętnastu minutach radiowęzeł był nasz. Zastaliśmy tam obsługę, która zamknęła się od wewnątrz. Chciałem ich wyrzucić, ale jeden z nich (Zygmunt Pałasz) zaproponował nam fachową pomoc, więc został. Od tej chwili z wózka-trybuny, mój głos docierał do każdego zakątka stoczni."  Kolejnym krokiem strajkujących było przejęcie drukarni, przegłosowane w czasie trwającego wiecu. Jednak dyrektor kategorycznie odmówił wpuszczenia ich do tego pomieszczenia i powiedział: "Oddanie strajkującym drukarni to tak, jakbym wydał wam klucze od magazynu broni". Wtedy Kołodziej wydał polecenie, by robotnicy wyważyli drzwi od drukarni. Tak później relacjonował te zdarzenia:

"Po pięciu minutach mieliśmy kilka profesjonalnych maszyn i tony papieru, lecz nie wiedzieliśmy jak tego użyć. Natychmiast ściągnęliśmy kolegów z miasta, jako że w drukarni musiałem mieć swoich zaufanych ludzi. Niestety nie można było uruchomić maszyn, gdyż drukarze przed wyjściem uszkodzili je. Mieliśmy jednak znajomą w gdyńskiej drukarni "Nowator". Pani Maria Koszarska przysyła nam doskonałego fachowca i pan Sabatowski, po trzydziestu prawie godzinach pracy, uruchomił drukarnię."

Podczas pierwszego dnia strajku zrezygnowano z powołania komitetu strajkowego, trwała natomiast dyskusja nad postulatami. Pierwszy z nich brzmiał: "Rozwiązanie związków zawodowych istniejących i tworzenie Niezależnych Wolnych Związków Zawodowych". Pojawiały się kolejne: 15 proc. podwyżki dla drugiej zmiany, wolne soboty, likwidację sklepów komercyjnych, prawo do strajku, poprawa zaopatrzenia, jawność życia politycznego, zniesienie cenzury, podwyżka dla emerytów i rencistów, uwolnienie więźniów politycznych.

Postulaty polityczne były przemieszane z płacowymi i socjalnymi. Około godziny 17.00 lista była zamknięta i uporządkowana. Wybrana delegacja z braćmi Andrzejem i Maciejem Budkiewiczami udała się z listą do dyrektora, by ten przekazał ją wyższym władzom politycznym. Dyrektor odparł krótko: "Z gówniarzami nie będę rozmawiał".

W tym samym czasie z Gdańska powróciła wysłana tam wcześniej delegacja z informacją, że Lech Wałęsa nie chce wspólnej reprezentacji strajkujących zakładów. Kołodziej zadzwonił do Borusewicza i usłyszał, że: "Wałęsa chce podpisać porozumienie z dyrekcją. Zgadzają się na podwyżkę, powrót Lecha [Wałęsy] i Ani [Walentynowicz] do pracy w stoczni. Postaram się coś zrobić, ale sytuacja jest trudna."

W tej sytuacji Kołodziej oświadczył strajkującym w gdyńskiej stoczni:

"Podejmujemy strajk okupacyjny. Kto chce, może opuścić stocznię, ale ostrzegam, nie będzie miał powrotu. Niech zostaną tylko ci, którzy zdecydowani są na walkę do zwycięstwa. Musimy teraz zająć się przygotowaniem noclegów. Dzisiaj będziemy spać tu na miejscu, razem będziemy bezpieczni."

Według jednej z późniejszych strajkowych legend czołowi przywódcy i doradcy strajku w gdańskiej stoczni spali na styropianach. Faktycznie miało to miejsce w Gdyni, gdzie otwarty został magazyn z płytami styropianowymi. Stoczniowy zbudowali z nich domki-namioty. Powstało w ten sposób styropianowe miasteczko nazwane później żartobliwie "dzielnicą willową". Porządku pilnowały warty ochraniające stocznię. Pierwszy dzień strajku zakończył się. Zdumiewający był fakt, że wywołał go i prowadził w bardzo dojrzały sposób zaledwie 20-letni działacz WZZ, dla którego był to pierwszy dzień pracy w gdyńskiej stoczni.

Włodzimierz Domagalski

Zobacz także:

Andrzej Kołodziej, Gdyńscy komunardzi. Sierpień 1980 w Stoczni Gdynia, Gdynia 2008.

Katarzyna Madoń-Mitzner, Dni Solidarności, "Karta" 2000, nr 30, s. 4-103.

Narodziny Solidarności. Kroniki sierpniowe, pod red. Macieja Drzewieckiego i Marcina Ręczmina, Warszawa 2010.

Danuta Sadowska, Edward Szmit, Solidarna Gdynia. Sierpień 1980, Gdynia 2010.

Alfred Znamierowski, Zaciskanie pięści. Rzecz o Solidarności Walczącej, Prawy Margines, Warszawa 1989.

Artykuł pochodzi z kategorii: PRL