W latach 1907-1914 przez ziemie polskie przetoczyła się wielka dyskusja oscylująca wokół pytania: kogo powinniśmy poprzeć w nadciągającej wojnie? Debata ta zataczała znacznie większe, niż nam się to obecnie wydaje, kręgi i wykraczała poza tradycyjne, grubo upraszczające sprawę ujęcie Piłsudski-Dmowski. Problem polegał jednak na tym, że jakakolwiek próba rozegrania sprawy polskiej zakrawała wówczas na rozwiązanie istnej kwadratury koła.

Zdjęcie

Wizyta cesarza Austro-Węgier Franciszka Józefa w gmachu Sejmu Krajowego we Lwowie. Obraz Henryka Rodakowskiego /Reprodukcja: FoKa /Agencja FORUM
Wizyta cesarza Austro-Węgier Franciszka Józefa w gmachu Sejmu Krajowego we Lwowie. Obraz Henryka Rodakowskiego
/Reprodukcja: FoKa /Agencja FORUM

Widmo wielkiej wojny zaczęło się pojawiać na horyzoncie europejskiej polityki gdzieś od lata 1907 r. Wiadomo było, że konflikt toczyć się będzie na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej. Niezależnie od tego, czy zaborcy tego chcieli, czy nie, sprawa polska musiała w tej sytuacji stanąć na porządku dziennym.

Walka na śmierć i życie między państwami centralnymi i Rosją mogła doprowadzić do przekształcenia układu sił w naszej części Europy. Świadomi tego byli wszyscy - zarówno Polacy, jak i zaborcy.

Reklama

Mówiąc o orientacjach, należy jednak sprawę uściślić. Pełnej, trójzaborowej niepodległości nie wyobrażał sobie praktycznie nikt. Jedyną osobę, która o tym myślała, być może - bo sprawa nie jest bynajmniej pewna - stanowił Józef Piłsudski. Znajomość jego poglądów, które nigdy nie były zresztą prezentowane jako spójna całość, ograniczała się jednak do stosunkowo niewielkiego grona.

W oficjalnym życiu politycznym jego wypowiedzi praktycznie nie funkcjonowały. Sprawy te wymagałyby zresztą osobnego omówienia.

Szczątkowe poparcie posiadały również koncepcje oparcia się na Cesarstwie Niemiec, oskarżanym w tym czasie o brutalną i skrajnie antypolską politykę. Prawdziwa debata rozgrywała się więc pomiędzy zwolennikami orientacji na Austro-Węgry oraz na Rosję.

Polska czarno-żółta, ale suwerenna

Największą tradycję posiadała orientacja proaustriacka, popularna głównie pośród galicyjskich elit - publicystów oraz polityków kontynuujących myśl polityczną stańczyków. Opierała się ona na założeniu, że zarówno naród polski, jak i monarchia habsburska mają jeden wspólny interes - pozbycie się zagrożenia ze strony Rosji. To, że Moskwa stanowiła największego wroga i darzyła Polskę bezapelacyjną, prymitywną wrogością, zwolennicy orientacji na Austrię traktowali jak dogmat. W 1912 r. stańczykowski "Przegląd Polski" pisał: "rządy carskie jeden mają cel: zgładzić Polskę i katolicką wiarę, a środków mają dwa: kłamstwo i przemoc". Towarzyszyło temu przekonanie, że z pośród państw zaborczych naddunajska monarchia była stosunkowo najmniej zainteresowana rozbiorami Rzeczpospolitej.

Dla Rosji oraz Prus zagarnięcie terenów Polski i Litwy stanowiło ukoronowanie wielowiekowej ekspansji i wynikało z ich żywotnych interesów. Inaczej rzecz się miała z Austrią - po prostu wykorzystała ona okazję, aby zgarnąć łatwy, choć nie do końca potrzebny jej łup. Aneksja ogromnych obszarów faktycznie pogorszyła jej położenie geopolityczne, gdyż wystawiła ją na potencjalny konflikt ze znacznie bardziej agresywnymi sąsiadami w postaci Prus i Rosji.

Jak rozpętaliśmy I wojnę światową? Polskie wpływy polityczne w Wiedniu, w 1914 roku

Przed I wojną światową galicyjscy Polacy czuli się w stolicy austro-węgierskiej monarchii jak u siebie w domu. W 1914 r. na stałe zamieszkiwało ich tutaj ok. 30 tysięcy, w tym wielu polityków, urzędników, intelektualistów, artystów oraz żołnierzy. Rzesze naszych rodaków przyjeżdżały nad Dunaj, by... czytaj więcej

Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że monarchia habsburska była jedynym państwem zaborczym, w którym Polacy osiągnęli bardzo znaczącą pozycję, i to zarówno w sensie regionalnym (autonomia galicyjska), jak i ogólnopaństwowym - wielu naszych rodaków robiło w Wiedniu kariery na absolutnie najwyższych szczeblach rządu oraz administracji. W ujęciu tym naddunajska monarchia - przychylnym okiem patrząca na Polaków, a przy tym permanentnie zagrożona przez Rosję, była najlepszym kandydatem, aby z zaborcy stać się sojusznikiem.

W jaki sposób zwolennicy orientacji proaustriackiej wyobrażali sobie przyszłą Polskę? Otóż składać się miała z Galicji oraz zdobytego na Rosjanach Królestwa Polskiego i stanowić niezależne państwo ze stolicą oraz sejmem w Warszawie. Rzecz jasna ów nowy organizm polityczny musiał pozostawać w jakiś sposób związany z monarchią Habsburgów. Rozważano przy tym przynajmniej kilka opcji: unię personalną w związku z Austro-Węgrami (Polska i Austro-Węgry połączone osobą władcy) oraz trializm - wyodrębnienie trzeciego, równego innym członu monarchii i utworzenie Austro-Węgro-Polski. Stosunkowo najbardziej prawdopodobna była jednak opcja trzecia - związanie na zasadzie daleko posuniętej autonomii tylko z austriacką częścią monarchii. Tak, czy inaczej Polska, choć istniejąca na mapie, stanowić miała część czarno-żółtego imperium.

Mrzonki i ustępstwa

Nie da się nie zauważyć, że realizacja tego planu pozostawiała Wielkopolskę, Pomorze oraz Śląsk w rękach niemieckich. Rzecz jasna przyłączenie tych terytoriów do habsburskiej Polski było niemożliwe ze względu na sojusz, łączący wówczas państwa centralne. Zwolennicy orientacji austro-polskiej twierdzili, że odbudowanie polskiej państwowości nie może się odbyć bez większych bądź mniejszych strat. Przyjęcie orientacji austro-polskiej oznaczało wyrzeczenie się konkretnie zaboru pruskiego, a nawet więcej - utrwalenie dalszego rozbioru ziem polskich.

II Rzeczpospolita Polski, Litwy i Rusi. Dlaczego nie powstało wspólne państwo?

W styczniu 1919 roku nakładem Drukarni Gubrynowicza we Lwowie ukazało się dziełko pod wymownym tytułem "Sprawa ruska i kongres pokojowy" autorstwa znanego lwowianina Teofila Merunowicza. Zostało wydane w momencie, kiedy stolica dawnego zaboru austriackiego była już co prawda pod... czytaj więcej

Orientacja prohabsburska posiadała też inne mankamenty, bezpardonowo punktowane przez jej przeciwników. Po pierwsze, interesy monarchii oraz Polaków były sprzeczne, jeśli chodzi o kwestię ukraińską. Racja stanu Austro-Węgier wymagała, aby polsko-ukraiński konflikt w Galicji wschodniej jak najszybciej się uspokoił. W praktyce oznaczało, to, że Polacy, którzy cieszyli się dotychczas w Galicji absolutnie uprzywilejowaną pozycją, musieli by pójść na jakieś ustępstwa. Ewentualna realizacja opcji prohabsburskiej równała się więc osłabieniu polskich pozycji w Galicji Wschodniej.

Wszystkich tych koncesji na rzecz Niemców i Ukraińców było więc dość sporo i nawet, jeśli udało by się zjednoczyć część polskich ziem pod habsburskim panowaniem, cena okazałaby się nader wysoka. 

Niektórzy krytycy orientacji prohabsburskiej twierdzili, że jej realizacja w ogóle nie będzie możliwa. Wynikało to z postępującej zależności naddunajskiej monarchii od Niemiec. Podnoszono, że Austria nie była już w stanie niczego załatwić bez oglądania się na interesy państwa Hohenzollernów. Te zaś były jednoznacznie antypolskie. Niemcy, jeśli chcieli poradzić sobie z Polakami w Wielkopolsce, nie mogli pozwolić na konsolidację tuż nad swoją granicą większego, polskiego terytorium.

Dmowski: umysłowy przewrót czy pobożne życzenia?


W Królestwie Polskim, w Wielkopolsce, a także wśród niektórych polityków i stronnictw Galicji, w okresie poprzedzającym I wojnę światową, coraz większą popularność zdobywać zaczęła orientacja prorosyjska. W spójny sposób po raz pierwszy wyłożył ją Roman Dmowski w napisanej w 1907 r. oraz wydanej w 1908 r. książce "Rosja, Niemcy i sprawa polska".

Mocno sprawę upraszczając, opierała się ona na dwóch założeniach. Po pierwsze, w razie zwycięstwa Rosji oraz zajęcia przez nią całości ziem polskich, sytuacja zmienić się miała w sposób diametralny. Zamiast trzech zaborców pojawiał się już tylko jeden. Polacy, których liczebność oceniano wówczas na około 20 milionów, żyliby wówczas na zwartym terytorium i stanowiliby siłę, z którą carat musiałby się liczyć. Po drugie, nasi rodacy stanowić mieli w państwie Romanowów grupę nie tylko liczną, ale i wpływową, co wynikało z lansowanej przez Dmowskiego tezy o cywilizacyjnej wyższości Polaków nad Rosjanami. Wszystko to prowadzić miało do nieuchronnego przyznania Polsce daleko posuniętej autonomii, skąd już był tylko krok o walki o coś znacznie więcej.

Zdjęcie

Roman Dmowski (1864-1939), przywódca Narodowej Demokracji /East News
Roman Dmowski (1864-1939), przywódca Narodowej Demokracji
/East News

Teoria Dmowskiego, oparta - wydawało by - się na dość logicznym rozumowaniu, również poddawana była bezlitosnej krytyce, która obnażała jej faktyczną życzeniowość.

Po pierwsze, zajęcie przez Rosjan Galicji nie oznaczałoby bynajmniej połączenia jej z innymi polskimi terytoriami, a raczej rozczłonkowanie. Wynikło to z bardzo mocno lansowanej przez Moskwę koncepcji jedności narodów rosyjskiego i ukraińskiego, który według oficjalnej, państwowej doktryny nie miał prawa do żadnej formy samodzielnego bytu.

"Czego Panowie chcecie, nadeszła właśnie najbardziej odpowiednia pora, aby raz na zawsze skończyć z waszą ukraińskością!" - powiedział minister spraw zagranicznych Sazonow, kiedy ukraińscy działacze protestowali przeciwko zamykaniu ich instytucji po zajęciu przez Rosjan Lwowa we wrześniu 1914 r. Wielkoruska ideologia oznaczała więc perspektywę przyłączenia do Rosji wszystkich terytoriów, uważanych za etnicznie ruskie. Autonomicznej Polsce dostałby się co najwyżej Kraków z przyległościami, podczas gdy ok. 70 proc. dzielnicy, łącznie ze Lwowem i Przemyślem, powędrowałoby do państwa carów. I w tym przypadku mielibyśmy więc do czynienia z rozbiorem i koniecznością zaakceptowania bolesnych strat.

Co jednak najważniejsze - przeciwnicy orientacji na Rosję w ogóle nie wierzyli, że możliwym jest otrzymanie z rąk caratu jakiejkolwiek autonomii. Celnie podnosili, że w latach 1905-1907, pomimo deklarowania daleko posuniętego lojalizmu, wchodzący w skład Dumy politycy Narodowej Demokracji nie ugrali na rzecz minimalnych choćby rozwiązań autonomicznych literalnie nic.

* * *

Jak widać, z jednej strony powszechnie odczuwano, że trzeba było jakoś się do perspektywy wojny ustosunkować, z drugiej - rozwiązanie optymalne po prostu nie istniało. Jak by się za "sprawę polską" nie zabrać, nie układało się to w sensowną całość. Działano tak naprawdę po omacku. Rozwiązanie wszystkich tych dylematów, w sposób zgoła niespodziewany, przyniosła dopiero historia.

Mateusz Drozdowski

Autor jest absolwentem historii i stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Jagiellońskim, doktorantem w Instytucie Historii UJ.


Artykuł pochodzi z kategorii: Drogi do wolności